Justyna Sobiecka: Biznes to sztuka?
Tomasz Szuba: Jasne, przecież tworzy się coś z niczego. Jest moment wymyślania koncepcji i jej realizacji. Zmagania się z materią i weryfikacji założeń. Dopracowania i puszczenia w świat. Mogą to być projekty, potężne przedsiębiorstwa, niewielkie firmy… Trzeba być wszechstronnym: nauczyć się marketingu, finansów, księgowości, logistyki. Umieć łączyć, panować nad sytuacją, scalać. Ważna jest też intuicja, nie tylko technika, podobnie jak w sztuce.
J.S.: W sztuce ważny jest talent, w biznesie warsztat.
T.S.: Nie docenia pani wagi talentu w dobrym biznesie. Proszę zobaczyć, jak niewielu w tej branży jest ludzi wybitnych… i tak samo jak artyści często nie są za życia doceniani, ich wizje wyprzedzają swój czas. Tu potrzebna jest pasja, śmiałość w konfrontacjach z trudami, nawet brawura.
J.S.: Co jeszcze?
T.S.: Dobry plan. Szczegółowa analiza rynku, cały ten teoretyczny szkielet należy perfekcyjnie wymyślić i energia, którą się będzie inwestować, ona będzie motorem. Odkąd poszedłem na studia, zajmuję się rozmaitymi materiałami, nieustannie dowiaduję się o nich czegoś nowego i nigdy nie przestało mnie to interesować.
Przez wiele lat pracowałem dla kogoś. Szkoda, że tego czasu, wiedzy i doświadczeń nie zainwestowałem w coś bardziej efektywnego. Trudne, czasami zwyczajnie niemożliwe, jest skuteczne przekonywanie osób, które nie mają pojęcia, o co chodzi w biznesie, do tego, aby podejmowały właściwe decyzje. W 2004 roku otworzyłem własną działalność, odebrałem pierwszy REGON firmy Tines. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak wiele satysfakcji może dawać praca.
J.S.: Od razu pojawiła się ta satysfakcja?
T.S.: Bez satysfakcji trudno by było mi z czymkolwiek wystartować, w ogóle pracować. Ale musiałem być cierpliwy: upłynął rok zanim mogłem zaprosić do współpracy pierwszych menadżerów. Wtedy dopiero stać mnie było na zaproponowanie im sensownych pieniędzy. Tymczasem byłem skazany wyłącznie na siebie i kilku współpracowników.
J.S.: Otoczył się Pan ludźmi młodymi.
T.S.: Tu zadecydował czynnik czysto praktyczny: na nowych technologiach, które interesują moje firmy, znają się ludzie z młodszego pokolenia. Do współpracy zapraszałem osoby tuż po studiach, sam je szkoliłem, dzisiaj pracuję ze sprawdzonym zespołem.
J.S.: Jak Pan sobie radzi z konkurencją?
T.S.: Rodzimej konkurencji nie ma. Dla moich firm konkurencją są wyłącznie światowe koncerny – firmy z potężnym kapitałem i stuletnią tradycją. Gdybyśmy byli słabi, rynek błyskawicznie by nas zweryfikował, koncerny znakomicie sobie radzą z takimi nowymi „obywatelami”. Ale już na starcie mieliśmy szczęście: dobrego partnera biznesowego z Europy Zachodniej i sprowadzane do Polski technologie testowane na innych rynkach. Tyle że nie miały one żadnych referencji na wschód od Odry.
J.S.: Czyli musiał Pan wykonać uświadamiającą pracę od podstaw.
T.S.: Praca od podstaw to za mało powiedziane. Ja poszedłem na wojnę. Wypłynąłem swoim dopiero co skonstruowanym stateczkiem na morze, na którym szaleje sztorm i jest pełno potężnych statków. Walka to motor dla działania. Wygraliśmy i przegraliśmy szereg bitew – takich doświadczeń nikt nie może nam odebrać. Jesteśmy dobrze obici; nie da się skutecznie walczyć, gdy nie dostało się porządnych batów, a życie nie wisiało na włosku. Żołnierz idący na pierwszą bitwę jest tak przerażony sytuacją, w której się znajduje, że nie jest w stanie zbyt wiele podziałać. Dobry żołnierz to ten, który zna gorzki smak przegranej i ta przegrana mobilizuje go do kolejnej walki. Za nami już moment, kiedy jedna klęska mogła zadecydować o losach całej wojny. Jednak dobrze pamiętam wodę wlewającą się do kajuty statku i prawie zakrywającą moją głowę.
J.S.: Polacy mają kompleksy wobec ekonomicznego zachodniego świata, tych, jak Pan mówi, potężnych statków.
T.S.: No właśnie, ja ich nie mam, choć patrzę na te statki z uwagą i podziwem. Wizerunkowo nasze firmy nie ustępują światowym koncernom. Poza tym ich działalność zatacza coraz szersze kręgi: pracuję w Kazachstanie, moi współpracownicy są w Londynie, Moskwie i Kijowie. Bardzo interesujący jest Wschód. Aby tam działać, trzeba umieć się zaaklimatyzować w specyficznych warunkach, nie koncentrować się na szczegółach otoczenia. Ja mam do Wschodu serce… W Kazachstanie prowadzimy największy w naszej karierze projekt: dostarczamy systemy przytwierdzenia szyn dla pierwszego metra w Ałma Acie. Pełnimy więc kluczową rolę: tunele już są, teraz trzeba tylko wykonać nawierzchnie szynową, a za moment zacznie jeździć metro. Chciałbym, aby coraz bardziej rozwijała się współpraca między Polską a Kazachstanem, bo to kraj z ekonomicznymi możliwościami i ciekawymi ludźmi.
J.S.: Myśli Pan: moje materiały przyczyniają się do utrwalania materialnej kultury wielu narodów?
T.S.: Myślę: ale to jest ekscytujące. Dawno temu jeden z moich szefów powiedział: „Tomasz, zajmujemy się biznesem, którego efekty przetrwają wiele epok. Nasi potomkowie będą mówili, że ich pradziadek pracował przy budowie mostu, metra, szlaku kolejowego”. Uczestniczymy w największych światowych inwestycjach infrastrukturalnych.Świadomość ich skali wyzwala masę adrenaliny. Ale przede wszystkim jestem dumny z tego, że nasze firmy opierają się o kapitał polski. Wszystko sami uruchomiliśmy, nie potrzebowaliśmy żadnej zewnętrznej pomocy. Mój pomysł na biznes zakłada też stworzenie platformy łączącej świat nauki z produkcją technologii, wiedzę z rzemiosłem, teorię z praktyką. Posiadamy na tyle duży kapitał, aby oferować naukowcom możliwość wdrożenia w życie opracowanych przez nich patentów.
J.S.: Jak Pan radzi sobie z ryzykiem, stałą częścią biznesowej działalności?
T.S.: Gdy przechodziłem na własną działalność, pracowałem z panią psycholog. Powiedziała wówczas, że od tego momentu nigdy już nie będę spokojnie spał. Miała rację.
J.S.: Pan to wszystko robi dla pieniędzy?
T.S.: Gdzie tam, liczy się frajda. Gdybym nie miał nic do roboty, chyba bym zwariował, należę do typów aktywnych. Miewam krótkie chwile, kiedy myślę, że pora odpocząć. Ale one szybko mijają, choć towarzyszą temu wyrzuty sumienia, bo zbyt mało czasu spędzam z rodziną. Nie ma jednak wyjścia: statek, którego jestem kapitanem, płynie w sztormie, nie mogę zostawić steru i iść do kajuty zwyczajnie się przespać.
J.S.: Skąd Pan czerpie na to wszystko siłę?
T.S.: Z moich najbliższych: trójki dzieci i żony. Poza tym do działania potrafię sam siebie nakręcać.
J.S.: A kiedy wpadają Panu do głowy najlepsze pomysły?
T.S.: Pod prysznicem – to mój poranny rytuał, który staram się przeciągać jak najdłużej. Więc znów ta woda…Ale pomysły staram się weryfikować. Kiedy zaczynałem działać na własny rachunek, miałem ich masę, tyle że nie byłem w stanie ich operacyjnie realizować i codziennie, od świtu do nocy zarządzać. Pomysły trzeba racjonalnie redukować.
J.S.: Dziękuję za rozmowę.
Przeczytaj w e-wydaniu



Wydawca: PWB MEDIA 02-729 Warszawa, ul. Rolna 155, tel.: 022 853 06 87, fax: 022 853 06 86,

